Neets no needs help | Łukasz Krasoń - oficjalna strona mówcy motywacyjnego

Bardzo rzadko komentuje publicznie artykuły i doniesienia prasowe, ale tym razem poczułem, że to „ten moment”.

http://www.polityka.pl/tygodnikpolityka/spoleczenstwo/1532473,1,neetsi-bez-pracy-bez-zainteresowan.read
„Ludzie w potrzebie”, bo tak w dużym skrócie można określić „neetsów”, to ludzie z którymi się stykam bardzo często na moich wystąpieniach, a w zasadzie w opowiadaniach tych, którzy przybyli. Niezliczone ilości razy dedykowałem naszą książkę „Wstań i Jedź – niemożliwe jest osiągalne” komuś z rodziny uczestnika, kto bez jakiejkolwiek nadziei dla siebie siedzi w domu. Dlaczego tak się dzieje? Dlaczego naszym bliskim czasami bardziej zależy na nas niż nam samym? Czytając wyżej wspomniany artykuł cofnąłem się pamięcią do najbardziej czarnego momentu w moim życiu, czyli tuż po tym kiedy okazało się, że terapia komórkami macierzystymi po 6 miesiącu świetnych efektów przestała działać. Przypomniałem sobie żal i wewnętrzny sprzeciw na wszystko i na wszystkich. Byłem w potrzebie, byłem „neetsem”. Może nie w kontekście ekonomicznym, ale mentalnym i owszem. Co wtedy się działo? Ludzie chcieli mi pomóc, chcieli rozmawiać, doradzać. Co ja wtedy robiłem? Wściekałem się jeszcze bardziej oraz myślałem o ucieczce jeśli tylko mógłbym wstać i trzasnąć drzwiami. Jeszcze bardziej potrzebowałem pomocy.

Dlaczego tak często pierwszą reakcją na okazaną pomoc jest opór? Dla mnie wtedy, pomoc kojarzyła się z akceptacją stanu rzeczy takim jakim był, a ja nie chciałem tego stanu akceptować.
Politycy, psychologowie, urzędnicy będą pewnie za moment komentować, jak to należy zwiększyć środki przekazywane na pomoc takim osobom. Ktoś pewnie wymyśli grupy wsparcia dla takich ludzi. Pomysłów będzie masa i to jest świetne, tylko czy aby na pewno dotykamy tematu od odpowiedniej strony? Mi nie pomogły pieniądze na pójście do kina czy dodatkowe zajęcia wymyślane przez rodzinę. Mi pomogła… akceptacja stanu rzeczy takim jakim jest, po prostu. W momencie kiedy przestałem siłować się z myślami „co by było gdyby”, uwolniłem na tyle twórczej energii, że zaczęło mi się chcieć robić coś więcej niż tylko narzekać i przerzucać odpowiedzialność na innych.

Osoby które z jakichś powodów nie są w miejscu jakim chciałyby być (a tych powodów może być masa: źle ulokowane uczucia, zła inwestycja finansowa, trudny start, problemy rodzinne, nie trafiony kierunek studiów), w pierwszej kolejności powinny moim zdaniem zaakceptować wszelkie decyzje jakie już są za nimi. Mało rzeczy jestem pewien na sto procent, ale tego jestem – „to co się stało, to się nie odstanie”. I to jest w sumie dobre, bo wymusza na nas odpowiedzialność i pobudza naszą świadomość do twórczości. Akceptacja jest fundamentem wszystkiego.

Kiedy ona nastąpi uwalniamy pokłady energii i potencjału, który czasami od lat był ukryty. Każdej osobie nie wiedzącej co robić, polecam w pierwszej kolejności zabrać się za akceptację tego jak wygląda, w jakim miejscu się obecnie znajduje (nawet jeśli właśnie siedzi w kapciach przed telewizorem i czeka, aż mama przyniesie mu obiad) oraz wszystkich decyzji które podjął. Kiedy już poczuje, że nie reaguje nerwowo na zdania typu „ile jeszcze będziesz leżał w łóżku”, czas na pracę u podstaw czyli odpowiedź na pytania „kim jestem”, „czego ja właściwie chcę”, „gdzie chcę być za rok i 5 lat” oraz najważniejsze – i to pytanie trzeba poczuć w każdej komórce swojego ciała – jak dużo jestem gotów dać z siebie, aby zrealizować swoje marzenia i cele?
Po przejściu tego procesu programy dofinansowań i doszkalające będą tylko dopełnieniem naszych działań, a nie antidotum na wszystkie nasze bolączki jak wcześniej.

 

PS. Mała zmiana tematu, ale skoro już jesteś w tym miejscu, to zainwestuj jeszcze chwilę w naszą relację i wypełnij ankietę, która znajduje się tutaj www.lukaszkrason.pl/ankieta 🙂